Współcześni rodzice, którzy nie przetrwali kryzysu swojego związku, często realizują podobny wzorzec funkcjonowania po rozstaniu. Jedno z nich przyjmuje (lub otrzymuje) rolę kata, drugie – ofiary. Niezmiernie rzadko zdarza się, że oboje byli małżonkowie są w równym stopniu świadomi powodów rozpadu małżeństwa oraz swojego w nim udziału.

Mężczyzna, który odszedł od matki swoich dzieci, zwykle już w drzwiach otrzymuje numer startowy, uprawniający go do udziału w wyścigu po tytuł najgorszego ojca na świecie. Nie lepiej wygląda sytuacja kobiety, która – jak mówi się –  „porzuca” swojego męża i dzieci. Nieważne, ile energii i czasu poświęca im później, nie powinna przedstawiać się już jako matka, bo która matka zostawia własne dzieci… z ich ojcem.

Zbrodnia i kara

Spośród kilkudziesięciu tysięcy rozwodów w 2016 roku w Polsce 9401 orzeczono z powodu niedochowania wierności małżeńskiej z innymi przyczynami. Zwykle, gdy małżeństwo do czasu rozwodu nie doczekało się wspólnych dzieci, kontakt pomiędzy obiema stronami w najlepszym wypadku zachowany zostaje na poziomie przyjacielskiej znajomości. Jednak jeśli w małżeństwie  pojawiły się dzieci, sprawa dalszych relacji komplikuje się w znacznym stopniu.

Jak mówi Aleksandra Piotrowska, psycholożka i wykładowczyni UW – „czasami kreatywność rodziców, by zniechęcić dziecko do tej drugiej strony, jest wręcz niewyobrażalna!”. Ponieważ w wypadku rozstania małżonków statystycznie pozew o rozwód składany jest częściej z orzeczeniem o winie męża (102 082 do 2388 z winy żony), zwykle to kobiety pozostają z poczuciem krzywdy wobec partnera. Pary realizują wówczas scenariusz – „winny” powinien płacić (zarówno materialnie, jak i psychicznie) za swoje przewinienia, „niewinna” opiekuje się dziećmi i w najlepszym wypadku regularnie pozwala się nimi zająć „winnemu”, ale raczej na swoich zasadach. Jednoznaczny osąd, a nawet lincz społeczny, łatwo zaobserwować na przykład na forach internetowych, gdy mowa jest o głośnych rozwodach celebryckich spowodowanych zdradą jednego z partnerów.  Pozwala to wyraźnie zobaczyć, jak opinia społeczna postrzega kwestie niewierności małżeńskiej. Epitety, którymi wówczas określany jest odchodzący, ale też szczególny rodzaj opieki i troski, skierowany (przez te w gruncie rzeczy obce osoby) wobec porzucanej strony, stały się już pewnego rodzaju kierunkiem myślenia i działania w naszym społeczeństwie w kontekście zdrady jako zjawiska.

Czy jednak faktycznie obraz ten jest aż tak czarno-biały i czy za wszelką zdradą stoi jednostronna wina? Czy każdy, kto wiąże się z drugą osobą, zawsze powinien liczyć się z tym, że nie ma okoliczności, w których jego rezygnacja z tej relacji będzie mimo wszystko w jakimś stopniu racjonalnie uzasadniona w opinii społecznej?

Porozwodowe transformacje

Niektóre matki, latami racjonalne, troskliwe, ale też samodzielne, świadome swoich codziennych potrzeb, w trakcie i po rozwodzie, przechodzą drastyczną transformację. Wiele z nich niemal przestaje odczuwać własne podstawowe potrzeby fizjologiczne – wszędzie muszą być z dzieckiem i wszystko, co robią (dosłownie wszystko), motywują jego dobrem. Dlatego także spotkania wielu dzieci z ojcami, już po rozwodzie, odbywają się w obecności mamy lub nie odbywają się wcale.

Co jednak, kiedy ojciec nie dopuszcza do takiej sytuacji? Wówczas zaczyna się batalia na argumenty, które miałyby ojca do obecności matki przy dzieciach zmusić sądownie. Z dnia na dzień jego metody wychowawcze stają się nie do zaakceptowania, podobnie jego miejsce zamieszkania, obecność nowej partnerki, a nawet pora dnia czy tygodnia spotkania, pogoda albo katar dziecka. W skrajnych przypadkach zdarza się, że dotychczas kochany mąż i ojciec ku własnemu zdziwieniu dowiaduje się, że ma niechlubną przeszłość pedofila. Matkom rzucającym okrutne oskarżenia nie przeszkadza nawet świadomość, jak wielką traumą mogą stać się na całe życie takie wszczepione wspomnienia. „Manipulowanie pamięcią dziecka, wmawianie mu zdarzeń, których nie było, to wyjątkowa bezwzględność ze strony matki” – mówi dr Piotrowska.

„Widzenia” z dzieckiem

Ojcowie oskarżani o chęć opuszczenia dzieci, często w tym samym czasie, ostentacyjnie pozbawiani są możliwości spędzania z nimi czasu. Mimo że, jak uważa dr Piotrowska, „jedyny normalny i pożądany dla dziecka układ to nieograniczony dostęp do dziecka obojga rodziców. (…) Matka nie ma tu nic do pozwalania! Chcę uświadomić, że dziecko jest dokładnie w takim samym stopniu dzieckiem matki, jak i dzieckiem ojca. Absolutnie nie akceptuję przekonania, które niestety prezentuje dziewięćdziesiąt dziewięć procent naszego społeczeństwa, że z natury rzeczy dziecko przyporządkowane jest matce, i po rozwodzie może ona »pozwalać« lub »nie pozwalać« byłemu mężowi na widzenia. A co to jest? Więzienie, żeby miała wydawać zgodę na widzenia?!”.

Wydaje się, że jednym z najtrudniejszych aspektów rozstania dla pozostawionych matek jest konieczność zaakceptowania nowej rzeczywistości, w której mogą decydować o swoich dzieciach wyłącznie w pewnym zakresie, a nie, jak być może miało to miejsce dotychczas, w pełni. Psycholożka Judith S. Wallerstein w poradniku „Rozwód, a co z dziećmi?” wskazuje na paradoks, do którego w wyniku takiego myślenia często dochodzi w relacjach byłych małżonków w kontekście dzieci. Poprzez przeróżne próby wpływania na to, co dzieje się z nimi, gdy są z ojcem, matki zaczynają nakazywać byłym małżonkom, jak mają zachowywać się we własnym, nowym domu, z własnymi dziećmi. Nietrudno zrozumieć, dlaczego zwykle taka postawa spotyka się wówczas nie tylko z odrzuceniem, ale i z krytyką, czasem wyrażaną w obecności dzieci. Wallerstein namawia do rozmowy, kompromisów i słuchania siebie nawzajem, ale też do pozbawienia się złudzeń odnośnie do wpływu na to, co dzieje się z dziećmi, gdy pozostają z drugim rodzicem. „Mimo, że uważasz, że twój eksmąż źle ubiera wasze dzieci, przez co mogą się przeziębić, nic nie możesz na to poradzić. Jeśli sądzisz, że zbyt szybko prowadzi samochód, możesz jedynie poprzestać na prośbie, by tak szybko nie jeździł. Jeśli martwisz się, że gdy dzieci są u niego, zbyt długo oglądają telewizję lub zbyt późno kładą się spać – nic nie możesz na to poradzić”. Niestety dla wielu matek taki stan rzeczy jest nie do zaakceptowania, dlatego wojna o strefy wpływów między rozwiedzionymi rodzicami potrafi ciągnąć się przez lata.

Rola ofiary

Dlaczego tak wiele pozostawionych matek, zamiast iść z czasem do przodu, układać sobie życie od nowa, wciąż pozostaje w miejscu, w roli ofiary? Być może odpowiedź częściowo kryje się w refleksji dr Piotrowskiej – „mamy gdzieś w zakamarkach (…) duszy ukryte przeświadczenie, że porządna uczciwa kobieta to ta nieszczęśliwa, której facet okazał się łobuzem, a ona i tak sobie ze wszystkim poradzi”.

Niektóre kobiety tak bardzo pragną tego wymiaru „porządności”, że dążenie do niej za wszelką cenę staje się wręcz ich sposobem na życie. Odbierając byłemu mężowi kolejne sfery do działania w wymiarze opieki nad dziećmi, wolą brać ogrom obowiązków ponad własne siły i dźwigać je na oczach swojego najbliższego otoczenia, zbierając pochwały i słowa uznania, a jednocześnie cierpiąc podwójnie. U podłoża wielu podejmowanych przez nie decyzji leży silny, często uzasadniony, gniew, którego odczuwanie, zdaniem Wallerstein i Blakeslee, wielu osobom może sprawiać przyjemność. Dlatego, jak piszą, osoby takie „trwają w nim i szukają towarzystwa, które go podsyca, natomiast unikają ludzi, którzy mają na ten temat inne zdanie”. W swoim poradniku na temat konsekwencji rozwodu autorki zwracają się do zagniewanych, porzuconych matek, przypominając im, że tracą one z pola widzenia również własne cierpienie – „gniew może sprawić, że uważasz siebie za kogoś lepszego; nieomal świętego. Myślisz, że to ty masz rację, a inni się mylą. Przekonanie o słuszności własnego postępowania może napawać poczuciem siły. Co więcej, możesz rzeczywiście mieć rację. Z pewnością jesteś dobrym człowiekiem. Może nawet bardzo dobrym. Lecz wikłając się w takie rozmyślania, możesz znajdować radość w obwinianiu innych (…), co może ciebie ograniczać; zwłaszcza twoją zdolność do uświadomienia sobie, jak bardzo cierpisz. A zatem, odpuść sobie!”. Autorki nie namawiają do szybkiego przebaczania niewiernemu mężowi, jednak zwracają uwagę na to, że długotrwałe i silne uczucie gniewu uniemożliwia podejmowanie trafnych decyzji wychowawczych.

Zyski i straty

Przywiązanie do bycia ofiarą, jak zauważa psychoterapeuta i filozof Jacek Masłowski, w niektórych wypadkach wynikać może z niechęci do wzięcia odpowiedzialności za własne życie. Z jednej strony pozbawia nas prawa do bycia szczęśliwym, z drugiej jednak daje także wiele wymiernych korzyści – „jest masa ludzi, którzy emanują swoją krzywdą, biedą, niezaradnością, bezradnością. (…) [J]est cała masa korzyści psychologicznych z bycia ofiarą. (…) [Z] jakiego powodu (…) rezygnować ze swojego jęczenia, skoro jak sobie pojęczę, mam kupę przyjaciół, którzy przychodzą i mnie pocieszają?”.

Niezwykle rzadko można spotkać matki, które otwarcie mówią o tym, że odpoczywają, gdy ich dzieci spędzają czas ze swoim ojcem. Najczęściej bowiem dojrzałość tych kobiet, jak również dobra pamięć, która nie pozwala im nagle zapomnieć, że ojciec ich dzieci dotychczas świetnie sprawował swoją rolę, obraca się przeciwko nim. Szybko zyskują miano wyrodnych matek, którym los dzieci jest obojętny, a co najgorsze, które z pewnością same przyczyniły się w jakiś sposób do tego, że mąż je zostawił.

Wracając jednak do zdradzonych byłych żon, które działając w odwecie, wolą być nagradzane za podjęcie trudu konsekwentnego odcinania ojca od własnych dzieci, warto przywołać słowa Wojciecha Eichelberga. Przed rozmową z dziećmi na temat zdrady ich rodzica poleca on uczciwy rachunek sumienia. Sam temat zdrady jako przyczyny rozwodu radzi poruszać raczej wtedy, gdy dzieci są pełnoletnie, upewniwszy się wcześniej, czy nie była ona sprowokowana np. „angażowaniem się na pół gwizdka, brakiem szacunku i zainteresowania” ze strony małżonki.

„[P]o rozstaniu ustawmy sobie poprzeczkę wysoko. Nie wyrzucajmy pochopnie drugiego rodzica z rodzinnego systemu, raniąc serca dzieci i innych członków rodziny, na których wymuszamy lojalność naszą nawykową pozą niewinnej ofiary. Pamiętajmy, że dziecko ma święte prawo kochać i szanować oboje rodziców” – mówi z kolei Masłowski.

Konflikt

Relacje byłych małżonków zawsze będą mieć wpływ na dzieci. Jak pokazują badania, długofalowe negatywne konsekwencje nieobecności jednego z rodziców dla rozwoju jego dziecka są większe, gdy nieobecny rodzic żyje, niż gdyby umarł. Natomiast tym, co sprawia, że dzieci najbardziej cierpią w czasie rozwodu rodziców i po nim, jest konflikt, który toczy się między byłymi małżonkami – jego charakter i rozmiar. Aby dziecko w dorosłym życiu wykształciło sumienie, czyli umiało odróżniać dobro od zła, zdaniem Wallerstein i Blakeslee „musi szanować własnych rodziców i uważać ich za ludzi prawych”. Dlatego rodzice, którzy nie potrafią z czasem wznieść się ponad swój żal i ból, ryzykują poważnymi zaburzeniami psychiki własnych dzieci.

red. nacz.

Wykorzystane źródła:

  1. Anna Maruszeczko w rozmowie z Jackiem Masłowskim, „NEOrodzina”, „Uroda Życia”, wydanie nr 2(2) grudzień 2014, s. 73  (do przeczytania tu: http://masculinum.org/wp-content/uploads/2014/11/URODAzycia_neo_rodzina.pdf dostęp: 4.06.2018)
  2. A. Piotrowska, I. A. Stanisławska, „Szczęśliwe dziecko”, Zielona Sowa, Warszawa 2016
  3. Rocznik demograficzny GUS 2017 (https://stat.gov.pl/files/gfx/portalinformacyjny/pl/defaultaktualnosci/5515/3/11/1/rocznik_demograficzny_2017.pdf dostęp: 4.06.2018)
  4. H. Rudoph Schaffer, „Psychologia dziecka”, PWN, Warszawa 2009
  5. Aleksandra Szyłło w rozmowie z Wojciechem Eichelbergerem, „Przyszyte dzieci to nie są nasze dzieci”, „Psychologia dla rodziców”, wydanie specjalne „Wysokich Obcasów”,  nr 8/2017, s. 105
  6. J.S. Wallerstein, S. Blakeslee, „Rozwód, a co z dziećmi?”, Zysk i S-ka, Poznań 2005